|
|
Blog > Komentarze do wpisu
Kartka
Cholera jasna! - zaklęłam zdecydowanie zbyt głośno jak na miejsce, w którym byłam. To było właściwie jedyne, co przyszło mi wtedy do głowy.
Była środa. Nie znoszę takich spędow. Głupawa służbowa impreza, na której musiałam wystąpić wbita w ołówkową spódnicę, szpilki i z fryzurą, której wykonanie zajęło jedyne 2,5 godziny. Już samo siedzenie u fryzjera przez tyle czasu może człowieka nastroić negatywnie, a fakt obowiązkowego uśmiechania się przez cały wieczór do wszystkich tych pajaców w garniturach sprawiał, ze miałam ochotę wziąć te szpilki w garść i zwiewać ile sil w nogach. A sil było coraz mniej po kolejnym drinku serwowanym przez przesympatycznego barmana. Bogu dzięki za open bar! Myślami błądziłam gdzieś pomiędzy 'ile czasu muszę jeszcze tu być zanim sie wymknę po angielsku żeby mój szef nie dostał jutro białej gorączki?' a 'muszę kupić nowe dżinsy i koniecznie zadzwonić do Marty żeby obgadać następny weekend' kiedy zobaczyłam jak ten koszmarny facet z "zaprzyjaźnionej" firmy przyuważył mnie katem oka. Widziałam jak jego wzrok, wskazujący na to, że nie tracił czasu i chyba przez ostatnie 40 minut non stop siedział przy barze, omiata moją sylwetkę i zatrzymuje się na spódnicy. Na tylnej części spódnicy, mówiąc dokładniej. Sprawdziłam sytuacje na godzinie dziesiątej i zanurkowałam pomiędzy dwiema bardzo zajętymi ożywioną dyskusją grupkami aby znaleźć - jak mi sie wydawało - idealne schronienie w odosobnionym i zdecydowanie mniej oświetlonym od reszty sali, kąciku. Zastanawiałam się właśnie jak dać barmanowi znać, że czule o nim myślę - a mój kieliszek jeszcze czulej, kiedy ciemny kształt mignął mi prawie dokładnie po przekątnej lokalu, i zasiał ziarenko niepokoju. Odganiałam tę myśl jak natrętną muchę, starając się skupić na uzyskaniu telepatycznego połączenia z barmanem, ale nie mogłam się powstrzymać przed zerkaniem w tamtą stronę. To niemożliwe, uspokój się tłukło mi się po głowie, a z sekundy na sekundę zerkanie coraz bardziej przeradzało się w bezwstydne wypatrywanie. Zupełnie niepotrzebnie zresztą, bo kiedy zobaczyłam ten kształt po raz drugi to kierował się prosto na mnie, zdecydowanym i pewnym siebie krokiem. No i nie pozostawiał cienia wątpliwości, udowadniając przy okazji, że słowa "to niemożliwe" można właściwie wykreślić na dobre ze słownika. Są takie momenty w życiu kiedy człowiek wie, że nie ma już odwrotu. Że coś się właśnie zmieniło, jakiś kawałek układanki wszechświata się przesunął i już nie wróci na poprzednie miejsce. Lawina ruszyła. Nie ma co uciekać, stój i patrz, co się będzie dalej działo. Cholera jasna! - zaklęłam zdecydowanie zbyt głośno jak na miejsce, w którym byłam. To było właściwie jedyne, co przyszło mi wtedy do głowy. On nie był bardziej elokwentny. Właściwie to nic nie powiedział. Podszedł blisko, a nawet zbyt blisko i zasłonił mnie przed reszta sali. Chwycił mnie za łokieć, mocno i zdecydowanie jakby się bal, ze będę próbowała uciekać. Wyciągnął z kieszeni telefon, wybrał numer i przyłożył aparat do ucha. Stał tak czekając na połączenie i w milczeniu patrzył mi w oczy. Zamówił taksówkę głosem, w którym wyczuwało się delikatny odcień zdenerwowania. Do mnie czy do ciebie? - powiedział, i mimo, że na końcu tego zdania słychać było znak zapytania, nie czekał na odpowiedz. Do mnie - odpowiedział prawie natychmiast, chyba bardziej sobie, niż mnie. A potem, nadal trzymając mnie za łokieć, bezceremonialnie wyprowadził mnie do szatni, a następnie do taksówki, nie odzywając się już ani słowem. Tomek... Nie widzieliśmy się prawie 3 lata. Dokładnie 2 lata, 10 miesięcy i 8 dni. Znaliśmy się dłużej, znacznie dłużej. Zawsze był gdzieś w pobliżu, na imprezach, na wyjazdach, na koncertach. Po prostu był. Uwielbiałam jego poczucie humoru i to niesamowite poczucie bezpieczeństwa, które pojawiało się natychmiast, gdy był w pobliżu. Na jakiejś imprezie, na której oblewaliśmy rozwód wspólnego znajomego - prawie tak hucznie jak jego ślub osiem miesięcy wcześniej - Gąbka się wygadał. Był przyjacielem Tomka od podstawówki, a to była jedna z tych imprez, na której Gąbka udowodnił nam po raz n-ty, że swój przydomek nosi zasłużenie. Tak właśnie wchłaniał wódkę - nikt, kto choć raz widział jak ten facet pije, nie stanąłby z nim w szranki. Każdy inny człowiek po tej ilości wypitego alkoholu leżałby pod stołem, a Gąbka jak gdyby nigdy nic przysiadł się do mnie i snuł swoje długie opowieści. Świetnie się bawiłam, do czasu kiedy zupełnie bez związku z rozmową, którą prowadziliśmy, rzucił nagle uwagę o tym, że Tomek jest jednak beznadziejny w tym swoim zakochaniu w jednej kobiecie przez ponad 10 lat. W następnej chwili popatrzył na mnie jakby sprawdzał czy ostatnie zdanie zabrzmiało tylko w jego głowie, czy wypowiedział je na głos. Twarz mu stężała a oczy nabrały nagle ciemniejszy odcień przypominający kolor niespokojnego morza. Przy stoliku zapadła niezręczna cisza, a ja wyszłam bez pożegnania. Mieszkaliśmy razem prawie 7 miesięcy. Gąbka marudził, że chyba na dobre stracił najlepszego kumpla, ale w gruncie rzeczy był zadowolony. Żartował sobie nawet, że majątek stracimy na wódkę, którą będziemy musieli kupić na wesele, bo oszczędzanie na nim byłoby niewybaczalnym faux pas. Potem Tomek dostał propozycję świetnego kontraktu w Kanadzie a ja... wyprowadziłam się gdy był w pracy i... zniknęłam. Miesiąc później wyjechal... zgodnie z - moim - planem. W taksówce chwycił mnie za rękę i dokładnie przyjrzał się serdecznemu palcowi prawej. Masz szczęście - warknął cicho kiedy upewnił się, że nie ma żadnych śladów czy odkształceń, które wskazywałyby na noszenie pierścionka przez dłuższy czas. A potem, jak gdyby nigdy nic, przysunął się do mnie i zaczął muskać ustami moje włosy, oddychając szybko i płytko, wdychając ich zapach. Nie pytał o nic, a ja wiedziałam, że nie będzie zadawał żadnych pytań o tamte wydarzenia. W windzie zdjął ze mnie żakiet i zaczął rozpinać bluzkę. Kiedy szukał kluczy do mieszkania, ja zdjęłam szpilki, a kiedy otwierał drzwi stanęłam za nim i obejmując go w pasie lewa ręka, rozpięłam pasek od spodni. Weszliśmy do mieszkania pogrążonego w ciemnościach, a on przyparł mnie do drzwi, tak, że czułam ciężar jego ciała na sobie. W absolutnej ciszy zabrzmiał tylko głuchy dźwięk moich szpilek spadających na podłogę kiedy je upuściłam. Chwycił moja rękę i trzymał ją w górze, dociśniętą do drzwi. Powoli podniosłam nad głowę lewą rękę a on ją natychmiast złapał i trzymał je obie, ściskając na tyle mocno, że czułam ból. Jego druga ręka powędrowała do mojego uda, włożył ją pod spódnicę, chwytając energicznie za pośladek. Teraz mi już nie uciekniesz - wyszeptał wprost do ucha i zaczął całować moja szyję. W czwartek udało nam się obudzić około godziny 11-ej. Na szczęście nikt w firmie nie oczekiwał, ze bede tam od rana. Posłałam szefowi smsa, że odchorowuje imprezę. Tomek robiąc nam kawę wyłączył swój telefon, wyciszył stacjonarny i domofon. Okazało się, ze nie tylko ma nadal moja koszulkę, której przez przypadek nie zabrałam podczas wyprowadzki ale nawet udało mu się kupić taki sam niebieski kubek, jak mój ulubiony. Na szczęście lodówka była pełna i znalazło sie tam całkiem dużo potraw, które lubię - wyglądało na to, że Kanada poprawiła Tomeczkowi gust kulinarny. Miałam szczery zamiar w piątek pojawić się w pracy. Kiedy rano brałam prysznic, on miał w tym czasie przygotować nam śniadanie, bezpardonowo wszedł do kabiny i z szelmowską mina oświadczył, że właśnie przed chwilą posłał smsa mojemu szefowi. "Zatrułam sie czymś nieświeżym na przyjęciu" brzmiała wersja oficjalna a ja mam do wyboru albo wrócić natychmiast do łózka albo... Jego język na moim podbrzuszu dobitnie sprecyzował opcję drugą, a jednocześnie zakomunikował, że to właśnie na nią się zdecydowałam. Czwartek był dniem kuchni włoskiej na telefon, piątek miał się okazać dniem chińszczyzny, całkiem niezłej zresztą. Zamawianie jedzenia to był jedyny powód, dla którego Tomek przez ten czas zbliżał się do telefonu. Kiedy spytałam czy nie musi powiadomić swojego szefa o powodach nieobecności w pracy, uśmiechnął się tajemniczo i stwierdził, że później się wytlumaczy, a szef na pewno zrozumie. W sobotę po południu odsypialiśmy kolejną, przespaną w minimalnym stopniu, noc, kiedy ktoś zaczął dobijać się do drzwi. Jedyną jego reakcją było przesunięcie dłoni z mojego brzucha na pierś. Bawił się moim sutkiem zupełnie nie zważając na hałas na zewnątrz. Nie ma nas dla nikogo - mruknął sennie dociskając swoje biodra mocniej do moich, i dając mi znać, ze zupełnie co innego mu teraz w głowie i nie tylko w głowie... ![]() W niedziele przed południem prowadziliśmy ożywioną sprzeczkę - ja namawiałam go żebyśmy wzięli wspólną kąpiel, a on wyliczał miejsca, gdzie mój język powinien powędrować w ciągu następnych minut. Byłam skłonna negocjować warunki kiedy usłyszeliśmy dziwny szelest. Ktoś próbował wepchnąć kartkę w szparę pod drzwiami wejściowymi. Tomek jednak był bardziej zainteresowany negocjacjami i od słów zaczął przechodzić do czynów, w związku z czym kartkę obejrzeliśmy z pewnym poślizgiem czasowym. Z dużym poslizgiem czasowym, prawdę mówiąc, bo znacznie ciekawsze okazały się jego dłonie na moich pośladkach w czasie kiedy jego język drażnił wewnętrzną stronę ud, niebezpiecznie przesuwając się coraz bliżej pachwiny by w końcu dotrzeć do miejsca, które skutecznie wymazało z mojej głowy nie tylko kartkę pod drzwiami, ale i całe drzwi, a na końcu wszelkie inne rzeczy w promieniu... lat świetlnych. Kiedy w końcu udało nam się dotrzeć do przedpokoju, okazało się, że kartka to oddarty kawałek papierowej torby z koszmarnie nagryzmoloną wiadomością tej treści: Na wycieraczce zostawiam prowiant żebyście z wyczerpania nie padli. Ucałuj ode mnie B. i zadzwoń czasem do firmy. Gąbka czwartek, 21 maja 2009, miss.behave
TrackBack
|